Niewielu jest na świecie muzyków, którzy wypracowali swoje
własne, niepowtarzalne brzmienie. W dobie Internetu, serwisów streamingowych i
powszechnej dostępności muzyki, trudno o oryginalność i zaskoczenie słuchacza.
Okazuje się jednak, że pośród tłumu wykonawców podobnych do siebie, grających
przewidywalne koncerty są jeszcze tacy, których nie ma szans zaszufladkować w
jednym konkretnym gatunku. Jednym z nich jest były perkusista Gorgoroth, Einar
"Kvitrafn" Selvik, który w 2003 roku powołał do życia zespół
Wardruna.
Norweg postanowił porzucić black metalową stylistykę i
skupić się na nieco lżejszych brzmieniowo, lecz równie mrocznych dźwiękach.
Zainspirowany starożytnymi runami zaprosił do współpracy przyjaciół i stworzył
trylogię "Runaljod", której ostatnia część o podtytule
"Ragnarok" ukazała się w październiku ubiegłego roku.
Gdański koncert Wardruny zamykał europejską trasę promującą wspomniane wydawnictwo. Już na dwie godziny przed otwarciem bram Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, przed drzwiami do sali koncertowej ustawiła się gigantyczna kolejka fanów. Bilety na piątkowy wieczór, pomimo bardzo wysokiej ceny, rozeszły się jak ciepłe bułeczki - zostały wyprzedane na kilka tygodni przed wydarzeniem. Fakt ten nie dziwi, gdyż zespół zyskał olbrzymią popularność dzięki skomponowaniu przez Selvika ścieżki dźwiękowej do drugiego sezonu serialu "Wikingowie".
Punktualnie o dziewiętnastej tłum oczekujących mógł wreszcie
zająć miejsca blisko sceny. Po trzydziestu minutach na deskach teatru pojawili
się muzycy supportującego zespołu Kaunan. Norwesko-szwedzkie trio pomimo
ciekawego instrumentarium zaprezentowało dość hermetyczne brzmienie,
nawiązujące do skandynawskiej tradycji folkowej. Utwory z debiutanckiego
albumu, który ukazał się trzynastego października, po dziewięciu latach od
powstania zespołu, wybrzmiały jednorodnie i zlały się w przewidywalną całość.
Występ spotkał się jednak z dużym uznaniem publiczności i gorącą owacją,
głównie ze względu na poczucie humoru muzyków i radosną atmosferę. Okazało się,
że muzycy na swojej płycie umieścili utwory o znajomo brzmiących tytułach
takich jak: "Polska Svit", "Svärdsjö Polska", "Polska
från Älvdal". Lider zespołu
żartobliwie wyjaśniał, że w XV i XVI wieku nasz narodowy taniec, polonez, był
niezwykle popularny w Skandynawii - do tego stopnia, że zamiast sformułowania:
"Chodźmy na tańce", używano: "Chodźmy na Polska". Czy jest
to zgodne z prawdą pozostaje sprawdzić w historycznych źródłach.
Po czterdziestopięciominutowym występie nastąpiła przerwa
techniczna, która jednak nie była nudnym, przymusowym oczekiwaniem na
pojawienie się gwiazdy wieczoru. Zainteresowanie publiczności wzbudzał stojący
nieruchomo przy mikrofonie przez kilkanaście minut techniczny, który nie
odezwał się słowem. Co działo się tak naprawdę w tym czasie trudno ocenić,
wiadomo jednak, że było to niezbędne do prawidłowego ustawienia parametrów
dźwiękowych.
Sześcioro muzyków Wardruny pojawiło się na scenie kilka
minut po dwudziestej pierwszej przy akompaniamencie delikatnego ambientowego
intro oraz ogromnej wrzawy publiczności. Perfekcyjnie wyreżyserowany,
dziewięćdziesięciominutowy świetlno-dźwiękowy spektakl, który zaprezentowali, z
pewnością na długo pozostanie w pamięci wszystkich zgromadzonych w teatrze.
Podczas tego występu zgadzało się niemal wszystko - począwszy od fantastycznego
wykonania samych utworów, przez tajemniczy, mroczny nastrój, genialne
nagłośnienie, po idealnie dobrane miejsce i zapierające dech efekty świetlne.
Rewelacyjnym pomysłem było umieszczenie z tyłu sceny białej
płachty, która oświetlona stroboskopowymi światłami dawała porażający efekt.
Zrezygnowano z górnego oświetlenia, a z przodu sceny ustawiono reflektory
skierowane w stronę artystów, rozświetlające różnymi barwami białą przestrzeń,
znajdującą się za plecami muzyków. Efekt ten sprawił, że na różnokolorowym tle
pojawiały się czarne sylwetki postaci, co sprawiało wrażenie gry cieni i
potęgowało melancholijny nastrój.
Był to jednak tylko dodatek do dźwiękowego spektaklu. Muzycy
zaprezentowali przekrojową setlistę, zawierającą kompozycje ze wszystkich
części trylogii. Jak opisać muzyczny styl Wardruny? Tu niejeden krytyk czy
dziennikarz muzyczny, próbując zaszufladkować zespół, powyrywałby sobie włosy z
głowy. Jest to muzyka, oscylująca na pograniczu nordyckiego folku, rocka,
"muzyki świata", poezji śpiewanej i pewnie kilku innych gatunków -
krótko mówiąc jedyna w swoim rodzaju. To dźwiękowa podróż w minione stulecia,
pozwalająca przenieść się do krainy przepięknych fjordów, gór i lasów.
Wyjątkowość Wardruny została osiągnięta dzięki zastosowaniu oryginalnego
instrumentarium, zaprojektowanego przez Einara Selvika na wzór tradycyjnego,
używanego przed laty oraz tekstom, śpiewanym w języku norweskim. Sam lider
zespołu przyznaje, że muzyka tworzona na potrzeby projektu jest próbą uzyskania
nowoczesnego brzmienia ze źródeł dostępnych od wieków. Zgromadzona publiczność
miała więc możliwość wsłuchać się w niepowtarzalne brzmienie liry smyczkowej,
harfy, lury, rogu kozła, nietypowych bębnów, trąb, drumli oraz… przymocowanych
do mikrofonowego statywu gałęzi.
Wspaniałe nagłośnienie teatralnej sali pozwoliło na obcowanie ze sztuką
w sposób pełny - słyszalny był każdy, nawet najdrobniejszy szept. Selvik poza
tym, że grał na większości z wymienionych instrumentów zaprezentował
nietuzinkowe możliwości wokalne, bardzo płynnie przechodząc od szeptu, przez
melodyjny śpiew, aż po potężny, gardłowy, głęboki baryton. Przy mikrofonie
wtórowała mu Lindy Fay - Halla, prezentująca zjawiskowe, momentami ocierające
się o krzyk wokalizy oraz wdzięczny, zwiewny taniec. W chórkach wymienionych
muzyków ponadto wspierali dwaj perkusiści.
Umiejętności każdego z sześciorga muzyków zasługują na
najwyższy szacunek i uznanie. Razem stworzyli oni mroczny, niepowtarzalny
nastrój, wciągający słuchacza od pierwszej do ostatniej zagranej nuty. Einar
Selvik odezwał się dopiero po przedostatnim utworze, dziękując wszystkim za
przybycie i wsparcie okazywane zespołowi oraz chwaląc wyjątkowość i akustykę
miejsca, w którym odbył się koncert. Zapowiadając ostatnią zaplanowaną w
setliście kompozycję "Helvegen" objaśnił potrzebę przywrócenia
tradycji śpiewania, znaczenie całej trylogii oraz tekstu wspomnianego utworu.
Po brawurowym jego wykonaniu muzycy ukłonili się, pomachali fanom i zeszli ze
sceny.
Rozentuzjazmowana publiczność nie pozwoliła na to, by
koncert zakończył się bez bisu. Po burzy oklasków na deski sceny powrócił już
sam Einar, by fenomenalnie wykonać jeden z utworów z EPki "Snake Pit
Poetry", która miała premierę w piątek. To niestety był definitywny koniec
występu, co nie oznaczało jednak końca wrażeń tego wieczoru. Kilkanaście minut
po zakończeniu koncertu odbyło się półgodzinne spotkanie z muzykami, którzy z
radością witali się z fanami, pozowali do zdjęć, podpisywali płyty i koncertowe
pamiątki. Było to fantastyczne zwieńczenie przepełnionego emocjami dnia.
Schodząc ze sceny Kvitrafn zapowiedział powrót zespołu do
Polski tak szybko, jak będzie to możliwe. Oby nie kazał czekać nam zbyt długo.
Posłuchaj fragmentu: Wardruna - Odal
Posłuchaj fragmentu: Wardruna - Odal